Mimo nieuregulowanego statusu kanonicznego Antoni awansował: najpierw z parobka na kwestarza, a następnie na zakrystianina. Kochał nowe zajęcie i szczycił się nim jak umiał. Ludzi swojej społecznej warstwy traktował ozięble, często i z byle powodu wybuchał gniewem. Uchodziło mu to jednak płazem w klasztorze, a i wśród wiernych cieszył się Antoni poważaniem. Był bowiem mistrzem logistyki i kwatermistrzostwa, bez którego trudno było o sprawne zarządzanie zakrystią. A były to czasy wielce skomplikowanych i czasochłonnych praktyk kościelnych, których Antoni był znawcą, miłośnikiem i niestrudzonym popularyzatorem. Harował od wczesnych godzin rannych, a kończył zamykając świątynne wrota ok. 8 wieczorem. Współbracia, w podzięce za wieloletnią służbę i by opornego do złożenia konfesji zakonnej przekonać, wyprawili go do Ziemi Świętej.

Po powrocie nosił głowę wysoko, ale śluby w końcu złożył. Przywiózł też z wyprawy klasztorowi pamiątkę w postaci ślicznej figurki Dzieciątka Jezus naturalnych rozmiarów. Przed pasterką przełożony, zwany u kapucynów gwardianem, obchodził z nią klasztorne cele, a następnie w asyście wszystkich braci wnosił ją do kościoła i kładł do żłóbka przed głównym ołtarzem. Antoni wzruszał się wówczas, a śpiewając ocierał łzy chusteczką wyciągniętą z rękawa. O swojej jedynej zagranicznej podróży opowiadał z rozrzewnieniem każdemu kto chciał lub nie chciał opowieści słuchać.

więcej

Wejść na stronę: 1368 (Dziś: 2)